Skip to content
sty 27 / admin

Dziękuję Ci, Premierze!

Witam Panie Premierze,

piszę do Pana ten list, bo mam po prostu serdecznie Pana dość. I nie chodzi o jakąś tam koszmarną niekompetencję (chociaż nadmierną kompetencją to Pana rząd się też nie wykazuje), ale o wylanie mojej czary zawiedzenia tym, co Pan w tym kraju robi.

Po pierwsze: jestem obywatelem, więc mam prawo wyrazić swoją opinię. Po drugie, jestem Pana wyborcą, więc tym bardziej powinien Pan to przeczytać (ale się nie łudzę, żeby nie było).

Odpuszczę sobie górnolotne stwierdzenia, napiszę tylko dlaczego uważam Pana za najgorszego premiera drugiej kadencji (pierwsza poszła jako-tako). Ale może zacznę od początku. Mam szczęści pracować na umowę o pracę. Co miesiąc widzę więc różnicę brutto – netto. I nie o to chodzi ile tam jest. Chodzi o to, ile z tego mam. Chodzi o to, że nijak nie widzę sensu przekazywania tych pieniędzy nieudacznikom takim jak Pan i Panu podobni. Co z tego mam? Drogi? Nie. O funduszu drogowym, który płacę w cenie paliwa, a który i tak g. daje napiszę później. Służba zdrowia? Kpina. Jakby nie dodatkowo wykupiona opcja, to o głupiej wizycie u laryngologa mógłbym pomarzyć. Rehabilitację naderwanego więzadła kolanowego NFZ zaproponował mi za cztery miesiące, czyli też musiałem zapłacić, żeby mi cokolwiek dała. Co więc z tego mam? Może szkołę dla mojego przyszłego dziecka? Aha, też dobre. Przedmioty ścisłe się likwiduje, nauczyciele w gimnazjach boją się uczyć, a jak ostatnio przeglądałem program nauczania liceum to chciało mi się wyć, bo poziom sięgnął dna.

Co więc mam? Może poczucie bezpieczeństwa? Aha, dobry dowcip. Policję mamy niedofinansowaną do tego stopnia, że funkcjonariusz jednego z komisariatów we Wrocławiu spisywał moje zeznanie na maszynie do pisania, używając do tego zwykłej kalki (zastanawiam się, czy oni faktycznie mają jeszcze na nią dostawcę, czy może w magazynach zalega jej kilkanaście ton, więc trzeba wykorzystać?).

Może zabezpieczenie przyszłości? Emerytura? Co z tego, że późno, ale może chociaż godziwa? A gdzie tam. Nie dość, że ze swojej pensji utrzymuję obecnych emerytów, to jeszcze mam małą szansę na jakiekolwiek pieniądze, bo „owoc żywota Twojego jeZUS”. Tak więc jak już pracodawca odprowadzi za mnie to, co musi – na swoją emeryturę odkładam sam.

A kiedy już, po tych wszystkich składkach i odliczeniach wezmę swoją pensję, jadę zatankować auto. Nie jakieś super nowe, ale nie stare. Oszczędne, bo inaczej się nie da. Tankuję, bo muszę, chociaż ograniczam jazdę autem jak tylko mogę. Ale i tak krew mnie zalewa jak widzę cenę benzyny. I znów nie dlatego, że mnie kompletnie nie stać. Na tyle ile jeżdżę – na tyle mnie stać. Szlag mnie trafia, bo w cenie litra benzyny jest mnóstwo podatku, którego część teoretycznie powinna iść na drogi, a tak naprawdę idzie na pokrycie niekompetencji kolejnych ekip rządzących (Pana też, a jakże).
Na dodatek na naszych cholernych drogach amortyzatory, przeguby i ogólnie zawieszenie pada tak szybko, że koszty utrzymania auta jeszcze bardziej rosną.

Więc, podsumowując: ładuję w Państwo, którym Pan rządzi kupę kasy, a nie mam z tego nic. Kompletnie i literalnie nic. Mało tego, poprzez decyzje o podwyżce cen benzyny powoduje Pan, że mam jeszcze mniej. Bo zaraz drożeje transport, jak drożeje transport to drożeje żywność, itd itd itd.

Ale jestem inżynierem i realistą. Nie wszystko to, co opisałem jest Pana winą. Nie jest Pan wszak Harrym Potterem, nie naprawi Pan wszystkiego za pomocą czarów. Na to potrzeba lat, potrzeba zmian, nie tylko prawa, ale też mentalności. Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Problem w tym, że Pan nic z tym nie robi.

Pana rząd nie jest zły w stricte tego słowa znaczeniu. Jest lepszy niż inne i najmniej fatalny z możliwych obecnie, patrząc na naszą scenę polityczną. Obiektywnie rzecz ujmując, niewiele Pan zepsuł. Tylko, że mamy kryzys i nie potrzeba nam utrzymania stanu obecnego, ale poprawy. Tutaj Pan zawiódł. Na całej linii.

Sądziłem, że uda się Panu zlikwidować choć trochę urzędników, na utrzymanie których idzie część moich podatków. Lipa. Nic z tego.

Liczyłem na to, że ukróci Pan rozpasanie tych, którzy swoje zarobki, trzynastki, czternastki, piętnastki i siedemnastki wywalczyli dzięki rozwiniętym umiejętnościom palenia opon na ulicach i gardłom produkującym hałas przekraczający możliwości zwykłego człowieka. Znów nic z tego.

Sądziłem, że w dobie kryzysu, oprócz cięcia tego, co dotyczy obywatela oraz sięgania do kieszeni tegoż (VAT, akcyza) wprowadzi Pan oszczędności w administracji. Dlaczego nie posłuchał Pan Balcerowicza, który mówił o rozpasaniu w poszczególnych ministerstwach? Dlaczego nie poszedł Pan w stronę sprawdzonego ekonomicznie modelu, funkcjonującego w korporacjach, gdzie dostawy wszystkich gratów (od komputerów, przez krzesła, po długopisy) negocjuje jedna komórka i efektem synergii oszczędza pieniądze? Nie, lepiej w każdym ministerstwie utrzymywać bandę ludzi, bo przecież długopis potrzebny w ministerstwie rolnictwa musi być zielony, w ministerstwie zdrowia czerwony, w ministerstwie pracy niebieski, a w ministerstwie finansów czarny. Laptopy przecież też muszą mieć inne. Samochody też.

Dlaczego zamiast zwiększyć efektywność wydawania tych pieniędzy, które i tak wyciąga Pan z mojej kieszeni, sięga Pan do niej cały czas głębiej i głębiej? Jak Pan sądzi, ile wytrzymam? Testuje Pan mój patriotyzm?

Tak, napisałem patriotyzm, bo wg mnie prawdziwym patriotyzmem teraz jest właśnie płacenie podatków. Bo to, w odróżnieniu dywagacji o drzewach, helu, Węgrzech i wymianie elit jest naprawdę ważne.
Chciałem więc Panu powiedzieć, że mój patriotyzm jest już powoli na wyczerpaniu. A jak się wyczerpie, po prostu zacznę płacić podatki w miejscu, gdzie ktoś je szanuje. Gdzie każdy grosz wyciągany z kieszeni podatnika jest oglądany uważnie i wydawany rozsądnie. Tak, żeby podatnik mógł czuć się z tego zadowolony.

Nie. Nie miał Pan dość ikry, żeby zrobić to wszystko. Poszedł Pan na łatwiznę, licząc, że społeczeństwo przełknie tę żabę i znów odda na Pana głos, przerażone wizją wygrania Pana konkurenta. Cóż, może ma Pan rację.

Co nie zmienia faktu, że się zawiodłem. Liczyłem, że otoczy się Pan fachowcami. Liczyłem, że stworzy Pan rząd, który nie będzie kierował się kumoterstwem, chęcią zabłyśnięcia przed kamerami, parciem do stworzenia miejsc pracy dla rodziny i znajomych czy też zwyczajną niekompetencją. Znów się zawiodłem.

Pana sukcesy są sukcesami medialnymi, fajerwerkami, które ładnie wyglądają, ale równie szybko gasną. A ja nie oczekuję fajerwerków. Oczekuję sukcesów małych, ale konsekwentnie prowadzących do celu. Celu, którego już teraz nie muszę wyjaśniać. Tego mi Pan nie daje. A na widok fajerwerków chce mi się już wymiotować.

Nie oczekuję, że Pan to przeczyta. Nie jestem blogowym tuzem, którego wpisy czytają tysiące. Nie jestem jakiś mega wygadany. Jestem zwyczajnym Polakiem, patriotą płacącym podatki, tankującym auto, oszczędzającym dodatkowo na emeryturę, opłacającym dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. Patrząc dookoła – jestem szczęściarzem, bo na to wszytko mnie jeszcze stać. Ale robi Pan wszystko, żeby było mi coraz trudniej.

Jako taki Polak patriota postanowiłem skorzystać ze swojego prawa i wylać swój osobisty kubeł żółci na Pańską głowę.

Z patriotycznym pozdrowieniem,
Podatnik.

 

Źródło : http://idepozapalki.wordpress.com

Podziel się na:
  • Wykop
  • Śledzik
  • Flaker
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Buzz
  • Twitter
  • Poleć
  • Blogger.com
  • Mój biznes
  • PDF
  • Kciuk.pl
sty 24 / admin

Prawo do czytania

Ten artykuł pojawił się w lutym 1997 w Communications of the ACM (Volume 40, Number 2).

Z „Drogi do Tycho”, zbioru artykułów na temat źródeł Księżycowej Rewolucji, opublikowanego w Luna City w roku 2096.

Dla Dana Halberta droga do Tycho zaczęła się na uczelni, kiedy Lissa Lenz poprosiła go o pożyczenie komputera. Jej własny się zepsuł, a bez pożyczenia innego nie zaliczyłaby projektu kończącego semestr. Nie odważyła się o to prosić nikogo, oprócz Dana.

To postawiło Dana przed dylematem. Musiał jej pomóc, ale gdyby pożyczył jej komputer, Lissa mogłaby przeczytać jego książki. Pomijając to, że za udostępnienie komuś swoich książek można było trafić do więzienia na wiele lat, zaszokował go sam pomysł. Od szkoły podstawowej uczono go, jak wszystkich, że dzielenie się książkami jest czymś paskudnym i złym, czymś, co robią tylko piraci.

I raczej nie było szans na to, że SPA – Software Protection Authority, czyli Urząd Ochrony Oprogramowania – go nie złapie. Z kursu programowania Dan wiedział, że każda książka jest wyposażona w kod monitorujący prawa autorskie, zgłaszający Centrum Licencyjnemu kiedy, gdzie i przez kogo była czytana. (Centrum wykorzystywało te informacje do łapania piratów, ale także do sprzedaży profili zainteresowań dystrybutorom książek). Gdy tylko następnym razem jego komputer zostanie włączony do sieci, Centrum Licencyjne o wszystkim się dowie. On zaś, jako właściciel komputera, zostanie najsurowiej ukarany – za to, że nie usiłował zapobiec przestępstwu.

Oczywiście, Lissa niekoniecznie zamierzała przeczytać jego książki. Być może chciała pożyczyć komputer tylko po to, żeby napisać zaliczenie. Jednak Dan wiedział, że pochodziła z niezamożnej rodziny i ledwie mogła sobie pozwolić na opłacenie czesnego, nie wspominając o opłatach za czytanie. Przeczytanie jego książek mogło być dla niej jedynym sposobem na ukończenie studiów. Rozumiał jej sytuację. Sam musiał się zapożyczyć, żeby zapłacić za wszystkie prace naukowe, z których korzystał. (Dziesięć procent tych opłat trafiało do badaczy, którzy je napisali; ponieważ Dan planował karierę akademicką, miał nadzieję, że jego własne prace, jeśli będą wystarczająco często cytowane, przyniosą mu tyle, że wystarczy na spłatę tego kredytu).

Później Dan dowiedział się, że były czasy, kiedy każdy mógł pójść do biblioteki i czytać artykuły prasowe, a nawet książki i nie musiał za to płacić. Byli niezależni uczeni, którzy czytali tysiące stron bez rządowych stypendiów bibliotecznych. Ale w latach dziewięćdziesiątych XX wieku wydawcy czasopism, zarówno komercyjni, jak i niedochodowi, zaczęli pobierać opłaty za dostęp. W roku 2047 biblioteki oferujące publiczny darmowy dostęp do literatury naukowej były już tylko mglistym wspomnieniem.

Istniały, naturalnie, sposoby na obejście SPA i Centrum Licencyjnego. Były one nielegalne. Dan miał kolegę z kursu programowania, Franka Martucciego, który zdobył narzędzie do debuggowania i podczas czytania książek używał go do omijania kodu śledzącego prawa autorskie. Lecz powiedział o tym zbyt wielu znajomym i jeden z nich, skuszony nagrodą, doniósł na niego do SPA (mocno zadłużonych studentów łatwo było nakłonić do zdrady). W 2047 Frank trafił do więzienia, nie za pirackie czytanie, ale za posiadanie debuggera.

Później Dan dowiedział się, że były czasy, kiedy każdy mógł mieć debugger. Istniały nawet darmowe narzędzia do debuggowania dostępne na CD albo w Sieci. Jednak zwykli użytkownicy zaczęli je wykorzystywać do obchodzenia monitorów praw autorskich, aż w końcu sąd orzekł, że praktycznie stało się to ich podstawowym zastosowaniem. Co znaczyło, że były nielegalne; twórcom debuggerów groziło więzienie.

Programiści nadal, rzecz jasna, potrzebowali debuggerów, ale w 2047 producenci takich programów sprzedawali tylko numerowane kopie i tylko oficjalnie licencjonowanym i podporządkowanym programistom. Debugger, którego Dan używał na zajęciach z programowania, trzymany był za specjalnym firewallem i można było z niego korzystać tylko podczas ćwiczeń.

Kod nadzorujący prawa autorskie można też było obejść instalując zmodyfikowane jądro systemowe. Dan potem dowiedział się w końcu o wolnych jądrach, a nawet całych wolnych systemach operacyjnych, które istniały na przełomie stuleci. Lecz nie tylko były nielegalne, jak debuggery – nawet gdybyście mieli jeden z nich, nie moglibyście go zainstalować bez znajomości hasła administratora Waszego komputera. A ani FBI, ani Pomoc Techniczna Microsoftu by go wam nie podały.

Dan doszedł do wniosku, że nie może po prostu pożyczyć Lissie komputera. Ale nie może jej odmówić, bo ją kocha. Każda okazja do rozmowy z Lissą przepełniała go radością. A fakt, że to jego wybrała, by poprosić o pomoc, mógł znaczyć, że ona również go kocha.

Dan rozwiązał dylemat, robiąc coś, co było jeszcze bardziej nie do pomyślenia – pożyczył jej swój komputer i podał jej swoje hasło. W ten sposób, gdyby Lissa czytała jego książki, Centrum Licencyjne uznałoby, że to on je czyta. W dalszym ciągu było to przestępstwo, ale dla SPA niewykrywalne automatycznie. Mogliby się o tym dowiedzieć tylko, gdyby Lissa na niego doniosła.

Oczywiście, jeśliby się na uczelni kiedyś dowiedziano, że dał Lissie swoje własne hasło, oznaczałoby to koniec ich obojga jako studentów, obojętne, do czego by je wykorzystała. Zgodnie z regułami stosowanymi na uczelni jakakolwiek próba przeszkadzania w monitorowaniu studenckich komputerów stanowiła podstawę do podjęcia działań dyscyplinarnych. Nie było ważne, czy zrobiliście coś szkodliwego – sprzeciwianie się utrudniało administratorom sprawowanie kontroli nad Wami. Zakładali oni, że takie zachowanie oznacza, iż robicie jakieś inne zakazane rzeczy, oni zaś nie muszą wiedzieć, jakie to rzeczy.

Na ogół studenci nie byli za to relegowani – nie bezpośrednio. Zamiast tego blokowano im dostęp do szkolnych systemów komputerowych, tak że było pewne, że obleją semestr.

Później Dan dowiedział się, że tego rodzaju regulaminy uczelnie zaczęły wprowadzać w latach osiemdziesiątych XX wieku, kiedy studenci masowo zaczęli korzystać z komputerów. Wcześniej uczelnie inaczej pochodziły do problemu dyscypliny studentów – karano działania, które były szkodliwe, nie te, które tylko wzbudzały podejrzenia.

Lissa nie doniosła na Dana do SPA. Jego decyzja, że jej pomoże, doprowadziła do ich małżeństwa. Doprowadziła ich też do zakwestionowania tego, czego od dzieciństwa uczono ich o piractwie. Razem zaczęli czytać o historii praw autorskich, o Związku Radzieckim i obowiązujących w nim ograniczeniach kopiowania, a nawet oryginalną konstytucję Stanów Zjednoczonych. Przenieśli się na Księżyc, gdzie spotkali innych, którzy, jak oni, uciekli przed długim ramieniem SPA. Kiedy w 2062 zaczęło się Powstanie Tycho, powszechne prawo do czytania wkrótce stało się jednym z jego głównych celów.

Uwagi autora

[Te uwagi były kilka razy aktualizowane od pierwszego ukazania się opowiadania.]

Prawo do czytania to bitwa, która toczy się dziś. Choć może upłynąć i 50 lat zanim nasz dzisiejszy sposób życia popadnie w zapomnienie, większość opisanych powyżej przepisów prawa i rozwiązań praktycznych została już zaproponowana. Wiele z nich wprowadzono do systemów prawnych USA i innych krajów. W Stanach Zjednoczonych Ustawa o prawach autorskich w cyfrowym tysiącleciu (Digital Millenium Copyright Act, DMCA) z 1998 ustanowiła prawne podstawy do nakładania ograniczeń na czytanie i wypożyczanie skomputeryzowanych książek (a także innych danych). Unia Europejska narzuciła podobne ograniczenia dyrektywą o prawach autorskich z 2001 roku. We Francji zaadoptowano prawo DADVSI w 2006 roku, według którego samo posiadanie kopii DeCSS, wolnego programu do rozszyfrowywania filmów na DVD, jest przestępstwem.

W 2001 roku, senator Hollings, opłacany przez Disneya, zaproponował ustawę zwaną SSSCA, która miała wymagać, żeby każdy nowy komputer był obowiązkowo wyposażony w urządzenia ograniczające kopiowanie, niemożliwe do ominięcia przez użytkownika. Po pomyśle chipu Clipper i innych propozycjach kontrolowanej kryptografii [z deponowaniem kluczy] przedstawianych przez rząd USA, wskazuje to na długofalową tendencję – systemy komputerowe w coraz większym stopniu są konstruowane w taki sposób, żeby dać nieobecnym olbrzymią kontrolę nad ludźmi, którzy faktycznie ich używają. Od tamtej pory zmieniono nazwę SSSCA na CBDTPA (możecie to rozumieć jako „Consume But Don’t Try Programming Act” – ustawa „konsumuj, ale nie próbuj programować”).

Wkrótce potem Republikanie przejęli kontrolę nad senatem USA. Oni są mniej związani z Hollywood niż Demokraci, więc nie nalegali na zmiany. Teraz, gdy Demokraci znów są przy władzy, zagrożenie jest wyższe.

W 2001 roku USA podjęły próby wykorzystania proponowanego traktatu o Strefie Wolnego Handlu Ameryk (Free Trade Area of the Americas, FTAA) do narzucenia tych samych zasad wszystkim krajom zachodniej półkuli. FTAA jest jednym z tak zwanych układów o „wolnym handlu”, faktycznie mających na celu przekazanie w ręce świata biznesu zwiększonej władzy nad demokratycznymi rządami. Narzucanie przepisów w rodzaju DMCA jest typowe dla tego ducha. Lula, Prezydent Brazylii, efektywnie uśmiercił FTAA przez odrzucenie wymogu DMCA i innych.

Od tamtego czasu, Stany Zjednoczone narzucili podobne wymagania na kraje takie jak Australia i Meksyk przez obustronne umowy o „wolnym handlu” oraz na kraje jak Costa Rica przez inną umowę, CAFTA. Prezydent Ekwadoru, Correa, odmówił podpisania umowy o „wolnym handlu” z USA, ale słyszałem, że Ekwador zaadoptował coś w rodzaju DMCA w 2003 roku.

Pomysł, żeby FBI i Microsoft dysponowały hasłami administracyjnymi do komputerów osobistych i nie pozwalały Wam go mieć, nie był wysuwany aż do roku 2002.

Nazywa się to „trusted computing” (godną zaufania techniką komputerową) lub „Palladium”. My to nazywamy „treacherous computing” (zdradliwa technika komputerowa) gdyż efektem jest to, że komputer jest podporządkowany firmom do tego stopnia, że Wam się przeciwstawia. To zostało wprowadzone w 2007 roku jako część Windows Vista. Spodziewamy się, że Apple zrobi coś podobnego. W tym systemie, producent komputera trzyma klucze, od którego FBI je uzyska bez problemu.

To, co Microsoft trzyma to nie jest hasło w normalnym znaczeniu tego słowa – nikt tego nie wpisuje na klawiaturze. To jest raczej klucz cyfrowy do podpisywania i szyfrowania, który odpowiada drugiemu kluczowi przechowywanemu na komputerze. To daje Microsoftowi i innym firmom współpracującym z Microsoftem nieograniczoną kontrolę nad tym co użytkownik może robić ze swoim komputerem.

Vista daje Microsoftowi dodatkową władzę. Przykładowo, Microsoft może wymusić instalowanie aktualizacji i może nakazać wszystkim komputerom z Vista aby odmówili ładowania danego sterownika. Głównym celem ograniczeń Visty jest aby narzucić DRM (Digital Restrictions Management – cyfrowe zarządzanie ograniczeniami), których użytkownicy nie są w stanie obejść. Niebezpieczeństwo DRM jest powodem, dla którego stworzyliśmy kampanię Defective by Design.

Kiedy pisałem to opowiadanie SPA groziła małym usługodawcom internetowym, żądając pozwolenia na monitorowanie przez SPA wszystkich użytkowników. Większość poddaje się zastraszaniu, gdyż nie stać ich na walkę w sądzie. Jeden usługodawca, Community ConneXion z Oakland w Kalifornii, odmówił żądaniu i faktycznie został pozwany. Później SPA zaniechała sprawy, ale uzyskała DMCA, która dała im władzę, po jaką sięgali.

SPA, które naprawdę oznacza Software Publisher’s Association (Związek Wydawców Oprogramowania), zostało w swej quasi-policyjnej roli zastąpione przez BSA, Business Software Alliance. Nie jest dziś oficjalną siłą policyjną. Nieoficjalnie – działa tak, jakby nią było. Stosuje metody przypominające stosowane uprzednio w Związku Radzieckim, zachęca ludzi do donoszenia na współpracowników i kolegów. W kampanii zastraszania prowadzonej w roku 2001 w Argentynie BSA przekazywała zawoalowane groźby, że osoby dzielące się oprogramowaniem będą gwałcone w więzieniach.

Opisane uniwersyteckie regulaminy bezpieczeństwa nie są zmyślone. Na przykład, komputer jednego z uniwersytetów z okolic Chicago podczas logowania się użytkownika wyświetlał taki komunikat:

Ten system jest przeznaczony tylko dla uprawnionych użytkowników. Działalność osób korzystających z systemu bez zezwolenia lub przekraczających zakres przyznanych uprawnień będzie monitorowana i rejestrowana przez personel. Podczas monitorowania osób niewłaściwie korzystających z systemu oraz w czasie konserwacji systemu, mogą być także monitorowane działania użytkowników uprawnionych. Każdy, kto korzysta z tego systemu wyraża tym samym zgodę na takie monitorowanie i przyjmuje do wiadomości, że jeżeli ujawni ono potencjalne dowody działań niezgodnych z prawem lub łamania regulaminu Uniwersytetu, personel może przekazać taki dowód władzom Uniwersytetu i/lub funkcjonariuszom porządku prawnego.

To ciekawe podejście do Czwartej Poprawki: wywieranie presji na wszystkich, aby z góry zgodzili się oddać zapisane w niej swoje prawa.

Złe wieści

Wojna o prawo do czytania jest w toku. Przeciwnik jest zorganizowany, a my nie, więc idzie na naszą niekorzyść. Oto artykuły o złych rzeczach, które się wydarzyły od czasu napisania tego artykułu.

Jeśli chcemy zatrzymać napływ złych wieści a stworzyć dobre, musimy się zorganizować i zacząć walczyć. Kampania FSF Defective by Design już rozpoczęła – zapiszcie się na listę mailową aby pomóc. Przyłączcie się do FSF aby pomóc naszym staraniom.

Bibliografia

  • Dokument rządowy USA, tzw. „Biała Księga”: Information Infrastructure Task Force, Intellectual Property [sic] and the National Information Infrastructure: The Report of the Working Group on Intellectual Property [sic] Rights, 1995 (Zespół Zadaniowy ds. Infrastruktury Informacyjnej, Własność Intelektualna a Krajowa Infrastruktura Informacyjna. Raport Grupy Roboczej do spraw Praw Własności Intelektualnej).
  • An explanation of the White Paper: The Copyright Grab (Biała Księga objaśniona. Grabież praw autorskich), Pamela Samuelson, Wired, styczeń 1996.
  • Sold Out (Wyprzedane), James Boyle, New York Times, 31 marca 1996.
  • Public Data or Private Data (Dane publiczne czy dane prywatne), Washington Post, 4 listopada 1996.
  • Union for the Public Domain – organizacja, która za swój cel stawia opór wobec przerostu potęgi praw autorskich i patentów i powrót do poprzedniego stanu.

Ten tekst został zamieszczony w książce Free Software, Free Society (Wolne oprogramowanie, wolne społeczeństwo. Wybrane eseje Richarda M. Stallmana).

Podziel się na:
  • Wykop
  • Śledzik
  • Flaker
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Buzz
  • Twitter
  • Poleć
  • Blogger.com
  • Mój biznes
  • PDF
  • Kciuk.pl
sty 18 / admin

Rybiński: szykujemy sobie gospodarczy horror

Polska będzie małym krajem starych ludzi, znajdującym się w ogonie Europy – ostrzega prof. Krzysztof Rybiński podczas wykładu o innowacyjnej gospodarce.

Podziel się na:
  • Wykop
  • Śledzik
  • Flaker
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Buzz
  • Twitter
  • Poleć
  • Blogger.com
  • Mój biznes
  • PDF
  • Kciuk.pl
sty 18 / Justyna Gul

Pasażer też człowiek … z prawami

Podróżujesz często pociągiem? Denerwujesz się licznymi opóźnieniami? Upomnij się zatem o swoje prawa zażądaj rekompensaty za stracony czas – wszak czas to pieniądz!

ODSZKODOWANIA

Jeśli podróżujemy expresem, Express InterCity, EuroCity, EuroNight i pociąg ma opóźnienie, to od dnia 1 lipca 2011r. mamy prawo do odszkodowania w wysokości:

  • 25% biletu w przypadku opóźnienia wynoszącego od 60 do 119 minut;
  • 50% ceny biletu w przypadku opóźnienia wynoszącego 120 minut lub więcej.

W przypadku, jeśli wartość rekompensaty miałaby wynieść mniej niż 4 EUR, to wniosek nie jest rozpatrywany.

Przewoźnik na nasz wniosek wypłaci odszkodowanie w terminie miesiąca od otrzymania tego wniosku.

Odszkodowanie to może przybrać formę bonów bądź voucherów na inne przejazdy, chyba, że wyraźnie zaznaczymy, iż chcemy dostać rekompensatę w gotówce. Wypłacone odszkodowanie nie może zostać pomniejszone o koszty transakcji takich jak opłaty, koszty telekomunikacyjne czy znaczki.

Podstawą obliczenia wysokości odszkodowania jest rzeczywista cena biletu (uwzględnia ona wszelkie ulgi, zniżki i rabaty), natomiast do wysokości odszkodowania nie wlicza się innych opłat niż opłata za bilet (tj. rezerwacji miejsca w pociągu).

NIE ZAWSZE SIĘ NALEŻY

Musimy być świadomi, że odszkodowanie nie należy nam się w każdym przypadku, kiedy pociąg nie dotarł na czas. Odpowiedzialność odszkodowawcza przewoźnika kolejowego jest wyłączona w sytuacji, jeśli wykaże on, że:

  • opóźnienie zostało spowodowane przez okoliczności zewnętrzne, których przewoźnik nie mógł uniknąć (np. trudne warunki atmosferyczne);
  • wynikło z winy podróżnego;
  • zostało spowodowane z winy osoby trzeciej (np. kradzież trakcji elektrycznej);
  • podróżny został poinformowany o możliwym opóźnieniu przed zakupem biletu;
  • jeśli pociąg ma opóźnienie 60 min, ale przewoźnik zaproponuje przejazd innym składem do miejsca docelowego (nawet inną trasą), to nie ma podstaw do wypłaty odszkodowania jeśli opóźnienie zastępczego pociągu nie przekroczy 1h;
  • opóźnienie powstało poza terytorium państw członkowskich Unii Europejskiej.

Wnioski o odszkodowanie można pobrać na stronie internetowej PKP InterCity, a po wypełnieniu przekazać do działów obsługi klienta (działają na większych dworcach), bądź wysłać do warszawy, na jeden z adresów PKP InterCity, podanych na stronie.

Przewoźnik ma na rozpatrzenie wniosku i wypłatę odszkodowania miesiąc od dnia jego otrzymania.

Jaw widać więcej z tym kłopotu, niż niejednokrotnie wyniesie potencjalny zwrot, ale … czemu pozostawić czyjąś niekompetencje i nasz dyskomfort bez odzewu? Może, jeśli na głowę PKP InterCity posypie się więcej wniosków o wypłatę odszkodowania zrozumieją, że nie można bezkarnie czerpać z portfela pasażera nie dając nic w zamian. Zatem, szerokiej drogi pociągu, obyś się nigdy nie opóźniał!

Podziel się na:
  • Wykop
  • Śledzik
  • Flaker
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Buzz
  • Twitter
  • Poleć
  • Blogger.com
  • Mój biznes
  • PDF
  • Kciuk.pl
gru 30 / admin

Wysokie podatki to więcej miejsc pracy

Według naszych posłów „Wysokie podatki to więcej miejsc pracy”, widzimy tu ewidentnie poziom inteligencji finansowej naszych rządzących. Po takich wypowiedziach powinniśmy się zastanowić, czy posłowie nie powinni zdawać obowiązkowych egzaminów z wiedzy na temat finansów, ekonomi i gospodarki. Ponieważ dopóki tacy ludzie będą rządzić naszym krajem w Polsce nigdy nie będzie dobrze. Myślę że powinniśmy zapamiętać nazwisko Małgorzata Kidawa – Błońska i rozliczyć Panią Małgorzatę z jej wiedzy w przyszłych wyborach.

Zresztą zobaczcie i oceńcie sami :

Tutaj wyjaśnienie tematu nadpłynności polskich przedsiębiorców i pobudzaniu gospodarki przez opodatkowanie naszych przedsiębiorców :

Podziel się na:
  • Wykop
  • Śledzik
  • Flaker
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Buzz
  • Twitter
  • Poleć
  • Blogger.com
  • Mój biznes
  • PDF
  • Kciuk.pl