FX-man, hazardzista czy elita rynku finansowego?

Jeszcze za czasów szkolnych, tworzyliśmy z grupą kilku studentów, elitarny ówcześnie klub miłośników giełdy. Tak się nam przynamniej zdawało. Stanowiliśmy nieliczną grupę osób, jednej z państwowych uczelni wyższych w kraju, prawdziwie lubującą się mechanizmami giełdowymi. Nie byliśmy bogami, ale przynajmniej mogliśmy poszczycić się na korytarzu wymianą zdań w żargonie maklerskim. Chodź do prawdziwej dysputy na temat giełdy daleko nam jeszcze było. Były nawet próby stworzenia czegoś w rodzaju stowarzyszenia, ot ci niezależnej integracji studenckiej. Może chęci lub czasu ku temu zabrakło. Życie studenckie oferuje inne nienaukowe rozrywki, których natura nienaukowa bardziej nas pociągała, aniżeli spotkania, ba mitingi, konwersatoria naukowo-polemiczne.

W naszym kręgu studentów – kibiców giełdy była grupka osób, raczej kwartet, który o swojej wyjątkowości był już dostatecznie przekonany. Nazwijmy ich braćmi bliźniakami – nie jednojajowymi. Mieli pewne cechy wspólne – szare swetry, archetypowe poglądy na temat kobiet, artystyczny nieład na głowie, no i jeszcze jedno, byli przekonani o wyższości rynku walutowego nad giełdą, choćby akcji czy kontraktów terminowych. Nie sposób było ich przekonać, na nic zdawały się błagania, krzyki a nawet groźby. FOREX to FOREX a nie GPW. Krótka acz zwięzła teoria na temat wyższości tego typu rynku.

Mieli jeszcze jeden wspólny mianownik, żyłkę hazardzisty i mocne nerwy. FOREX ma jedną wspaniałą cechę daje on uczestnikowi pewną moc. Zowie się ona lewarem, ot ci dźwignią finansową, która dochodzi niekiedy do dużych proporcji. Potocznie oznacza to możliwość kontrolowania większej akcji walutowej za pomocą mniejszej rzeczywistej wartości.

Do niedawna FOREX zarezerwowany był dla rekinów finansjery: ograniczony dostęp, skomplikowane mechanizmy, dzienne obroty sięgające 2 bln dolarów sprawiały, iż uczestnicy tego rynku tworzyli swoistą socjetę graczy rynkowych. Na chwilę obecną, w zasadzie każdy kto posiada dostęp do internetu oraz niewielkie zasoby pieniężne, na rozpoczęcie swojej przygody z tego typu rynkiem OTC, może stać się jej uczestnikiem. Ponadto na FX można grać 24 h na dobę, siedem dni w tygodniu przy niezwykle szybkiej płynności, zarabiając zarówno na trendzie zwyżkowym jak i spadkowym.

Te i inne cechy rynku walutowego oraz wrodzony upór legalnej blondynki sprawił, że i ja zapragnęłam przyłączyć się do braci FX-ów. Jako że byłam jedyną przedstawicielką płci pięknej we wspomnianej grupie studentów, spoczywał na mnie dodatkowy ciężar udowodnienia światu możliwości kobiet na obszarze zdominowanym przez braci FX-ów. Postanowienie silne, podszyte jako taką wiedzą z rynków finansowych, rzuciło mnie w wir przygotowań przed pierwszą odsłoną przy braciach. Początkowo pomocny okazał się wujek Google i ciotka Wikipedia, dalej ambicja zaniosła mnie na fora, strony internetowe, samouczki, gry demonstracyjne. Przyszła i kolej na fachową literaturę. Jako że mam w wysokim poważaniu zakaz ściągania z Internetu wszelkich nie darmowych publikacji zakupiłam na allegro trzy pozycje autorstwa Piotra Surdela dotyczące rynku walutowego. Nadejszła wiekopomna chwila po około 28 godzinach od złożenia zamówienia przyszły upragnione pozycje książkowe. Otwierałam paczkę z lekkim zawstydzeniem, radością oczekiwania, jakbym posiadała w swoich rękach klucz do wiedzy wszechświata. Nie zraził mnie nawet fakt, iż zamiast jednego z zamówionych tytułów była książka pani Rowling, ,,Harry Potter i więzień Azkabanu”. Omen nie omen zabrałam się za pierwszą pozycję „Podstawy giełdy walutowej”. Musze przyznać, iż najciekawsze, z całej książki, było słowo wstępne autora. Przez następny tydzień wieczorami z wypiekami na policzkach czytałam kolejne stronnice. Po miesiącu dotarłam do 12 strony. Marny trud, sama nauka FOREXA była niczym stanie pod drzewem w oczekiwaniu na autograf od Kory. Jedyne czego się nauczyłam to, że nie kupisz tam waluty w postaci fizycznego papierku.

Na tym zakończyła się moja przygoda z FX. Zawiodłam i siebie i resztę kobiet. Nie przyznałam się oczywiście FX-om do moich prób wejścia w ten magiczny świat. Po zakończeniu studiów zapytałam się jednego z braci jak połknął smykałkę, kiedy się tego wszystkiego nauczył. Wyznał mi bez skrupułów, że nie miał w ręku żadnej pozycji książkowej z giełdy walutowej, wszystkiego nauczył się jak to określił w praniu. Pchana ciekawością zapytałam go, dlaczego uważają maklerów giełdowych za gorszych, dlaczego zadzierają nosa? Jego odpowiedź wprowadziła mnie w stan skonfundowania. Twierdził, że cały ten podział wymyślili maklerzy giełdowy, z walutowego nigdy się nie wywyższali, nie byli mądrzejsi, no może nieco bardziej ekstremalni. Zaczęło do mnie docierać, że niezrozumienie czyni nas wrogimi. Jak słyszę takich FX-ów ,, wolę grać mniejszymi lotami i liczyć na więcej pipsów, mniejsze ryzyko. Kilka razy z większymi lotami trafisz na SL i żegnam.” Odnoszę wrażenie, iż chcą przed nami coś ukryć, posługują się swoim slangiem, starają się strzec sposób na zarobienie. Prawdą jest jednak, iż FX-owie są nieco leniwi, nie wytłumaczą ci na czym rzecz polega, musisz sam wejść i zrozumieć, taką zresztą drogę musiał przebyć każdy z nich. Są po prostu samoukami, ot i cała historyja.

Reasumując moją przygodę z FOREKSEM, FX-man to żaden kaznodzieja, magik rynku, czy hazardzista. To człowiek z pasją, samouk, o mocnych nerwach, indywidualista, w szarym swetrze z dziwną niekiedy fryzura na głowie, przebijający się przez rynek z własnym stylem i mechanizmem inwestowania. Uczący się na własnych błędach co, gdzie i kiedy.

One comment

  1. Być może autora to już to nie dotyczy, ale dla wszystkich, którzy mają jakąś inicjatywę na studiach i chcą stworzyć jakąś grupę, to pamiętajcie, że macie możliwość zakładania kół naukowych. Dostajecie dotacje i spore zainteresowanie wśród wykładowców.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *