Alfabet finansowy

Aktywa, pasywa, wpływy, wydatki i bilans – to pojęcia dla wielu ludzi wciąż niejasne, kojarzone raczej z zarządzającymi wielkimi korporacjami, a nie z domowym budżetem. Tymczasem każdy z nas ma do czynienia z pieniędzmi, a od naszego stosunku do nich i zrozumienia zasad, którymi się rządzą, zależy grubość naszego portfela.

 

Sekretem finansowego sukcesu nie jest tak naprawdę spadek po wujku z Ameryki (zwłaszcza, że w dobie kryzysu może być zadłużony), ale odpowiednie gospodarowanie dostępnymi środkami, czyli zarządzanie domowym budżetem. No co dzień i od święta musimy pamiętać o podstawowej zasadzie – wydatki (np. na rachunki) muszą być równoważone wpływami (np. pensją czy czynszem za wynajem lokalu). Oczywiście zdecydowanie lepiej jest, kiedy te wpływy znacznie przewyższają wydatki, ale naukę finansowego alfabetu warto zacząć od podstaw.

 

Co zatem zrobić, by już 10 każdego miesiąca nasze konto nie straszyło pustkami?

 

Znasz taką sytuację, kiedy wchodzisz do sklepu po chleb, a wracasz z czterema batonikami (plus piąty „gratis”), gazowanym napojem (w promocji) i paczką kawy z limitowanej edycji (z kubkiem oczywiście)? Jeśli taki obrazek oglądasz każdego dnia to powinieneś zdawać sobie sprawę, że jesteś ofiarą największego wroga domowych finansów, czyli niekontrolowanych wydatków, bardzo często motywowanych znacznymi obniżkami cen i myśleniem, że „taka okazja może się nie powtórzyć”.

Opanowanie impulsu pozbywania się własnych pieniędzy w szale zakupów wymaga jednak ogromnej cierpliwości i niezwykłego hartu ducha. Istnieją jednak sposoby, by przechytrzyć tą impulsywną ludzką naturę zakupoholika i powstrzymać ten strumień pieniędzy wypływający z naszego portfela.

 

K – jak KONTROLA, czyli trzy kroki do wstrzemięźliwości

 

KROK 1. Zapisuj wydatki.

Ta metoda jest sprawdzona przez wielu ludzi mających skłonności do rozrzutności i działa niczym terapia szokowa. Jest to sprawdzona metoda i o tyle skuteczna, że stanowi dla wielu terapię wstrząsową. Kawa plus bułka w firmowym bufecie (12zł) plus dwa wafelki na lunch (2zl) z kubkiem herbaty (3zł) na mieście, szybka zapiekanka w drodze do domu (8zł) i zestaw prasy na wieczór (10zł za 3 tytuły) i najnowsza książka z serii (34zł), pizza z dostawa do domu (bo zmęczeni nie będziemy gotować – 34zł) plus cola i paczka chipsów do chrupania przy filmie (8zł). Nie minął jeden dzień, a my już wydaliśmy ponad 100zł!

Samo dokładne notowanie wszystkich wydanych pieniędzy (ważne jest zapisywanie absolutnie każdego, nawet najmniejszego wydatku) nie rozwiąże naszych problemów z pieniędzmi, ale z pewnością uzmysłowi nam, ile moglibyśmy zaoszczędzić jedząc śniadanie w domu lub chociaż samemu je przygotować do pracy, czy wybrać domowy obiad, nawet jeśli z najprostszych produktów bądź ugotowany dzień wcześniej.

 

KROK 2. Nigdy nie wybieraj się głodny na zakupy.

Czy, kiedy jesteś tak głodny, że zjadłbyś „konia z kopytami” rzucasz się na opakowanie pączków, z których trzy zjadasz od razu przy stoisku popijając stojącym najbliżej napojem? Wypieczone, chrupiące bułeczki radośnie się do ciebie uśmiechają i już myślisz, jakie będą pyszne z wiejską szyneczką, pomidorkiem i szczypiorkiem? Oczywiście nie możesz też ominąć soczystego arbuza na myśl o którym cieknie ci ślinka? Kiedy wchodzisz do sklepu głodny takie reakcje są nie do uniknięcia, a w rezultacie kupisz i zjesz o wiele więcej, niż wynoszą twoje rzeczywiste potrzeby. Oczywiście naturalną konsekwencją tego jest fakt, że wydasz również więcej.

 

KROK 3. „SUPER PROMOCJI” powiedź stanowczo NIE!

Mowa tu o wszelkiego typu, często pozornych, obniżkach, cenach dnia, gratisowych próbkach, zwiększonej objętości czy ofertach typu „2 + 1”. O ile w planach nie miałeś zakupu rzeczy objętej „wyjątkową promocją”, to lepiej zrezygnuj z transakcji. Dzięki temu unikniesz nadmiernego gromadzenia w domu rzeczy niepotrzebnych, szaf z których wylatują już ubrania kupowane na wyprzedażach i zamrażania pieniędzy w towarze, a tym samym utraty ich wartości i finansowej ruiny.

 

P – jak planowanie i G – jak gospodarowanie

 

Oszczędzasz na emeryturę? Wyjazd zagraniczny? Mieszkanie? Niezależnie od celu jaki sobie postawiłeś, to właśnie on powinien motywować cię do rozsądnego gospodarowania pieniędzmi i oglądania każdej złotówki przed jej wydaniem. Oszczędzanie nie może pochłaniać 100% twoich pieniędzy, nie oznacza także, że masz sobie wszystkiego odmawiać. Ważne, żebyś określił odpowiednie proporcję i swoje wpływy podzielił w proporcji: 70%: 10%: 10%: 10%.

To 70% to wydatki stałe, których zlekceważenie może wywołać dalekosiężne konsekwencje – opłaty za czynsz, światło, gaz czy wyżywienie. Najlepiej zrobić listę tych wydatków z uwzględnieniem przeglądów samochodu w danym roku czy badań okresowych i od razu odłożyć na regulowanie rachunków przeznaczoną na ten cel kwotę z naszego wynagrodzenia.

10% przychodów powinno być jawnym manifestem świadczącym o twojej zapobiegliwości i perspektywicznemu myśleniu – tę kwotę należy zainwestować (np. odłożyć na lokatę czy wpłacać na fundusz). Będzie to zabezpieczenie na tzw. czarną godzinę.

Kolejne 10% wolnych środków finansowych to pieniądze przeznaczone na realizację twoich krótko– i średnioterminowych celów, na przykład na wakacje w Hiszpanii czy na kurs języka angielskiego bądź kurs garncarstwa. To bodziec do tego, by „chciało nam się chcieć”, a oszczędzanie nie kojarzyło się z ciągłymi wyrzeczeniami i ascezą.

Ostatnie 10% to kwota na twoje zachcianki – nową sztukę w teatrze, premierę kinową czy wyjście na koncert i spotkanie z przyjaciółmi w kawiarni. Dzięki tym drobnym przyjemnością nie odczujesz presji i „zaciskania pasa” mimo, że na twoim koncie suma zgromadzonych środków z każdym dniem będzie się powiększała z korzyścią dla domowego budżetu.

Oczywiście proporcje pomiędzy tymi procentami możesz modyfikować z założeniem, że owa zmiana będzie dotyczyła tylko ostatnich 20%. Możesz bowiem środki przeznaczone na zabawę przesunąć i potraktować jako środki do zaoszczędzenia czy też dołożyć je do kursu językowego. Ważne jednak, by 70% funduszy służyło opłaceniu rachunków i wyżywieniu naszej rodziny, a 10% inwestycji na przyszłość. Tym sposobem „ziarnko do ziarnka” i jeśli nawet za 10 lat nie zostaniemy milionerami, to będziemy na tyle zabezpieczeni, żeby spokojnie zasnąć nie martwiąc się o kolejny miesiąc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *